FITMAKERFISCHER

Fit Maker Show #012 | Emilia Cesarek – Podstawy żywienia kobiet

M: 3… 2… 1! Emilia „Keep FIT in style” Cesarek in the house! Dzień dobry.

E: Dzień dobry.

M: Bardzo mi miło Cię powitać na oficjalnym podcaście i w kolejnym odcinku „Fit Maker Show”. Szkoda, że tak późno, bo wiem, że Twój grafik jest cholernie zajęty i generalnie dopchać się i dobić, żeby cokolwiek zrobić, to jest jakiś kosmos, więc dziękuję Ci, że wygospodarowałaś ten czas. Nie wiem jaka pogoda jest na Mazurach, ale u mnie w Zgorzelcu jest tragedia, więc to brzydkie piątkowe przedpołudnie.

E: Na Mazurach jest piękne słońce, ale pewnie tylko dlatego, że nagrywamy dzisiaj podcast, a ja właśnie piję kolejny kubek kawy.

M: No to ja też piję kolejny kubek kawy i życie z kawą jest fantastyczne, fenomenalne i nawet deszcz mi nie przeszkadza, co nie zmienia faktu, że zazdroszczę Ci tego słońca i tych Mazur i generalnie, nawiązując pięknie do pierwszego pytania, czy w ogóle wstępu do naszej rozmowy, bo jesteś kolejną, natomiast nadal jedną z niewielu osób, która uciekła z dużego miasta na nie do końca stare śmieci, ale mimo wszystko stare śmieci, czyli na Mazury. I wydaje mi się, że akurat tam Ty się na pewno dużo lepiej odnajdujesz niż mieszkając w Warszawie.

E: Zgadza się. Wiesz co, w grudniu minie dokładnie rok kiedy przeprowadziłam się na Mazury, bo przeprowadziłam się przed Bożym Narodzeniem. I nie zamieniłabym tej przeprowadzki za nic w świecie. To, co powiedziałeś, że przeprowadziłam się na stare śmieci – ja się dokładnie na stare śmieci przeprowadziłam, bo wróciłam do Piecek, czyli do miejsca tak naprawdę, w którym zostałam wychowana, gdzie mieszkają moi rodzice, dziadkowie, przyjaciele. I to jest moja miejscowość. Najpierw uciekłam do dużego miasta, a teraz wróciłam z powrotem. Zawsze byłam ogromnym fanem dużego miasta i powiem szczerze, że nie doceniałam tych walorów. Ostatni występ, 3 lata, kiedy już byłam naprawdę przepracowana, tutaj od razu podkreślam, że ja pracuję kupę czasu i jako dietetyk, wcześniej też dużo sportowo się udzielałam w pracy i zawodowo i wiesz, poprzednio studia, więc tak na dobrą sprawę samego studiowania mam za sobą 10, prawie 11 lat, więc ja byłam po prostu wykończona. Ja byłam wykończona wielkomiejskim życiem, pędem i kiedy zaczęłam przyjeżdżać na wakacje do rodziców, wtedy zrozumiałam, że mnie tutaj mega ciągnie, szczególnie właśnie w tym momencie kiedy „Keepfit”, czyli moja strona zaczęła ewoluować od takiej strony fitness, bikini, sport, bieganie, sportowy lifestyle do lifestyle’u, który pokazywał tak zwany „biohacking”, czyli styl życia związany z naturą. I ja zaczęłam mocno dostrzegać to, że ja w mieście – w Warszawie – szukam miejsca, gdzie ja mogę kupić dobrej jakości mięso, gdzie ja mogę pójść pomorsować, pójść na spacer, jadę samochodem żeby pójść na spacer, a mieszkam w miejscu, w którym mam wszystko za oknem. I po prostu mając pracę zdalną, za którą bardzo serdecznie sobie dziękuję, bo mocno sobie wypracowałam tę możliwość, chociaż czasami tęsknię za pracą w szpitalu. Po prostu stwierdziłam, że nie ma na co czekać, że przeprowadzam się, bo do Warszawy mam 2,5 godziny autem, pod nosem lotnisko, gdzie w Londynie jestem 40 minut po tym jak wsiądę do samolotu, a ja się zastanawiam nad kupnem mieszkania w Warszawie za 700 koła. To mnie po prostu tak przytłoczyło, że stwierdziłam, że – no sorry, zwijam żagle. Co najgorszego może się wydarzyć? W najgorszym wypadku z powrotem wrócę do Warszawy i tyle.

Diagnoza celiakii

M: Mnie to właśnie poraża, że jest coraz więcej osób z naszej branży, myślę że to jest najlepsze odzwierciedlenie, ale też prywatnie widzę moich przyjaciół i znajomych, którzy wracają z dużego miasta do małego miasta i to zawsze jest pretekst zmiany tego pędu, czyli tej realnej opcji gdzie chyba zaczynamy dorastać do tego, że nie do końca ten pęd jest czymś dobrym w naszym życiu. Mimo tego, że – ja wiem, że to brzmi paradoksalnie, bo przed chwilą Ci mówiłem, że dzisiaj o 4:30 usiadłem do komputera do pracy, a jest 12:50 i nagrywamy podcast, z resztą drugi dzisiaj, więc wiesz… Paradoks polega na tym, że ja mówię, żeby się nie spieszyć, a jestem od 9 godzin w pracy praktycznie. Natomiast abstrahując oczywiście od tego to ja mam dokładnie to samo co Ty – ja sobie cenię Zgorzelec, mimo tego, że to jest pipidówa, to nie jest olbrzymia miejscowość i realnie brakuje mi wielu rzeczy, które miał Szczecin, ale to że, jeżeli nagle wpadnę na pomysł pójścia do lasu, schodzę na dół i mam 3 minuty spaceru, do tego żeby wejść do tego lasu. I to, czego mi na pewno nie brakuje to kontekst tego, że jeżeli potrzebuję dostać się z punktu A do punktu B to nie zajmuje mi to 50 minut albo godzinę, tylko zajmuje mi to 7 minut. I to, że do rodziców mam 3 minuty, to że mam do teściów 5 minut. I jakby są takie rzeczy, które naprawdę… mając 20 lat wydawało mi się, że nigdy nie wrócę do tego miasta. Po dwóch latach mieszkania na Kanarach, później po kolejnych 6 mieszkania, prawie 7 latach mieszkania w Szczecinie doszło do takiego momentu, że mówię – nie, ja chcę tam wrócić. To jest mój dom, to są moje śmieci, ja się czuję tam dobrze i nic więcej mi do szczęścia nie jest potrzebne. I ja mam wrażenie, mam nadzieję, że się nie obrazisz, że wyciągam naszą prywatę, ale że odkąd rozmawiamy ze sobą, a rozmawiamy dosyć dużo, to ten moment Twojego powrotu na Mazury to jest taki moment, gdzie był „switch” i Emilka Cesarek nagle dostała dodatkowe 100% do swojego życia. Czyli jest zupełnie inny humor, zupełnie inna radość z życia, zupełnie inne podejście do pewnych rzeczy, czyli takie… – mi się to podoba. Ja lubię obserwować takie wewnętrzne przemiany moich przyjaciół i mi się to bardzo podoba. Tym bardziej, że Ty masz bardzo ciekawą historię swojego życia i ta historia jest dla wielu osób nieznana i Ty też się tym często nie chwalisz, bo Ty przecież cierpisz z powodu celiakii.

E: Zgadza się i w ogóle powiem Ci, na samym początku powiem Wam, bo tak naprawdę będzie tego słuchało dosyć dużo ludzi i tych, którzy obserwują mnie i Ciebie i ludzie, których my znamy dookoła – ja nigdy nie napisałam – od sześciu lat jak prowadzę „Keep fita” – o co tak naprawdę ze mną chodzi. Wszyscy ludzie myślą, że ja jestem taką healthy, fitting style, Emilia Cesarek. No ktoś tam gdzieś tam słyszał, że jestem celiakiem, ale świetnie sobie radzę i nie mam problemów jelitowych, więc jest po prostu klasa. Nigdy o tym nie pisałam, bo ja nie umiałam o tym pisać, no ale z resztą ja do tej pory nie wiem jak to napisać. Po prostu wydaje mi się, że to jest nie do opisania, ten czas który ja spędziłam nad tym działaniem, nad swoim zdrowiem to jest coś, czego raz – nikt nie opisze; dwa – nikt mi nie odbierze; trzy – to jest taki punkt, który jest dla mnie punktem wyjścia do zrozumienia moich podopiecznych, stąd ja tak bardzo jestem zajęta w swojej pracy, bo ja pracuję głównie z ludźmi 1 na 1 i ja nie potrafię z tego wyjść, ja nie potrafię napisać e-booka dla celiaków, może „nie potrafię” to jest zbyt mocne stwierdzenie, ale wiem, że dla mnie on zawsze będzie niedostateczny, bo jako osoba, która „cierpi”, teraz już może nie tyle cierpię co jakby odczuwam czasami tego po prostu skutki, uważam że to jest niedopisanie, to może opisać tylko osoba i zrozumieć tylko osoba, która przechodzi to każdego dnia, tak? I tak na dobrą sprawę w ogóle moja celiakia to jest coś co ja zdiagnozowałam sobie sama i naprawdę tutaj się mega szeroko uśmiechnę, ale miałam 13 lat kiedy sama sobie zdiagnozowałam celiakię. Byłam dosyć wychudzonym dzieckiem, bardzo takim dosyć drobnym, myślę że to jest związane ze zdrowiem moich rodziców i takim lifestylem w jakim zostałam w małym mieście wychowana. Natomiast w pewnym momencie, w którym zaczęło się więcej szkoły, ja też byłam dzieckiem, które bardzo dużo uprawiało sportu, ale przy tym też kończyłam szkołę muzyczną, więc tak naprawdę z takiego psychologicznego punktu widzenia to ja byłam przepracowanym dzieckiem już w wieku 15-tego, 16-tego roku życia. Ja przed maturą czułam się jak osoba, która powinna przejść na emeryturę, miałam tyle zajęć dodatkowych – dwa języki, szkoła muzyczna, konie, po prostu miałam dobę wypełnioną zajęciami od rana do wieczora i wtedy ta choroba prawdopodobnie się po prostu uaktywniła. Celiakia jako choroba trzewna, choroba osłabionego układu odpornościowego, po prostu geny dostały strzał, wybuchły i nagle stałam się wychudzoną nastolatką, której rodzice stwierdzili, że ja po prostu się odchudzam na siłę, bo taka jest moda, i że ja wpadam w anoreksję. Do tej pory pamiętam mojego rodzinnego lekarza, który powiedział, że jak nie będę jadła to zamkną mnie w takim ośrodku dla osób z zaburzeniami odżywiania, gdzie ja po prostu byłam koniem do przejadania kilokalorii, drobniutkim koniem, który po prostu nic nie wchłaniał, a nie jadłam tylko dla tego, że notorycznie siedziałabym w toalecie. W związku z tym jakby zaczęłam na własną rękę diagnostykę, przez to że język angielski to jest taki mój praktycznie mothertongue, z resztą to są moje pierwsze studia skończone, właśnie anglistyka. Tak na dobrą sprawę zaczęłam po prostu dużo czytać, pamiętam że to była kafejka internetowa, taka pod ośrodkiem kultury sportu i rekreacji w Pieckach, gdzie po prostu za każdym razem kiedy miałam piątkę w kieszeni to szłam czytać artykuły po angielsku, nie? Czytałam i szperałam co to może być ten odstający brzuch, notoryczne biegunki, ból brzucha, tak się zaczęła moja przygoda ze szperaniem w kontekście celiakii. Więc stwierdziłam, że skoro to może być celiakia no to ja sobie zacznę jeść tylko wafle ryżowe, bo nie miałam tu nic innego bezglutenowego, tutaj po prostu no nie było takiej opcji, nie było czegoś takiego jak półka z produktami bezglutenowymi, więc ja zaczęłam jeść tak „paleo”, czyli owoce, warzywa, ziemniaki plus wafle ryżowe i nagle mi się zaczęło poprawiać, nagle stwierdziłam, że jest lepiej. W związku z tym wybłagałam mojego ojca, który jest moim bardzo dobrym przyjacielem, mówię „tato, słuchaj, pojedźmy do Warszawy, niech oni mi tą gastroskopię zrobią” i tata mówi „jaką gastroskopię, dzieciaku? Przecież nie będziemy żadnej gastroskopii robić, nie będę takich inwazyjnych badań robił”. To było, Marek, to było kawał czasu temu, to było 15 lat temu i posadzili mnie na tym badaniu, lekarz oczywiście spojrzał na mój brzuch, celiakia to była oczywiście czarna kropka, czarny punkt na mapie nadal w Polsce, i on mówi „a może Pani w ciąży jest?”, ja mówię „Panie, ja mam 13 lat, ja nawet z chłopakiem się nie spotykam, bo nie mam kiedy, od szkoły muzycznej po stajnię, przez bieganie po jeszcze coś tam, w jakiej ciąży, o co chodzi, co to jest ciąża?”. Natomiast wyszło, że jestem celiakiem. Poprosiłam sobie o badania, za które oczywiście z własnej kieszeni zapłaciłam, bo mój ojciec powiedział, że skoro mam już takie życzenia to proszę serdecznie, bardzo, i faktycznie przeciwciała wyszły dodatnie i stałam się celiakiem. Moja mama do tej pory pyta mnie czy mam ochotę na ciastko, do tej pory pyta czy po tylu latach jak już nie jem tego glutenu to mogę zjeść normalnego pieroga, więc oni nadal tego nie ogarniają, więc pomyśl sobie, dlaczego ja wciąż nie wydałam e-booka dla celiaków, bo to jest po prostu nie do zrozumienia dla niektórych ludzi, nawet jeżeli żyje się w jednym domu, ale tak – tak wyglądała moja praca z celiakią. Dlatego to ile ja przeszłam w momencie kiedy próbowałam ogarnąć swoje jelita to było coś niespotykanego. Ja do tej pory się śmieję, bo oboje znamy Kubę Mauricza, ale do tej pory się śmieję, że nim Mauricz zaczął głośno mówić o glutenie, to ja już byłam 10 lat bezglutenowcem, więc wiesz, w ogóle to są mega, mega tematy, których do tej pory nie poruszałam, ale tak to wyglądało. Moja celiakia, kolejno mnie tak na dobrą sprawę poprowadziła na studiach na anglistykę, dlatego że stwierdziłam, że skoro brakuje literatury medycznej na temat jelit, chorób jelit, to ja chcę tłumaczyć, ja chcę tłumaczyć te książki, które są po angielsku, te artykuły, jeszcze nie wiedziałam z czym to się tak naprawdę je, ale ja chcę tłumaczyć żeby ludzie mieli do tego łatwy dostęp. I tak naprawdę poszłam w tym kierunku, poszłam na anglistykę no i będąc na studiach się zakochałam i tam sobie tak naprawdę skończyłam wtedy studia, mój ówczesny chłopak był sportowcem, w związku z tym ja stwierdziłam, że skoro on uprawia sport zawodowo to ja też spróbuję sportu zawodowego no i trafiło wiesz na jaki sport.

M: To są takie rzeczy, które dla mnie są, wybacz stwierdzenie, bo sama przypadłość absolutnie nie jest zabawna, ale są zabawne, bo to są elementy, które zobacz jak realnie rzutują na rozwój człowieka i na to, w którą stronę tak naprawdę idzie, bo u Ciebie to był ten element celiakii, który rzucił Cię na ten tor, czyli ten tor anglistyki, później dietetyki, którą celowo zajmujesz się obecnie.

E: Zgadza się, tak. Jelita mnie doprowadziły właśnie do tego punktu, w którym jestem obecnie. Czyli do pracy tak naprawdę z głównie układami, z chorobami jelit.

Przygoda życia – fitness bikini

M: I to co dla mnie jeszcze jest w tym całym trybie wybitne to jest to, że Ty jako dietoterapeuta, którym jesteś teraz, bo tak mogę Cię nazwać, bo absolutnie nie uważam Cię za dietetyka perseus, ja uważam, że Ty jesteś dietoterapeutą i ktokolwiek próbowałby powiedzieć inaczej dostanie ode mnie w zęby. Natomiast Ty przecież przechodziłaś kompletną drogę zawodniczki bikini fitness o czym też wiele osób nie wie, bo to są tak odległe czasy, że wątpię żeby ktokolwiek przeskrollował czeluścią Twojego instagrama do momentu kiedy wychodziłaś do zawodów fitness. Ja do dzisiaj pamiętam tę historię jak mi opowiadałaś, że Twój tato Maro, którego uwielbiamy oboje, biegał za Tobą z ręcznikiem żeby nikt na Ciebie przypadkiem nie patrzył przed wyjściem na tę scenę. I powiedz mi, w jakim stopniu to, właśnie te starty w bikini fitness, wpłynęły na Ciebie? Jak one uwarunkowały Ciebie jako zarówno osobę jak i specjalistę? Bo ja miałem okazję dosyć długo pracować z zawodniczkami bikini fitness i to są dosyć specyficzne osoby, to są osoby, które mają bardzo zbliżone pewne cechy charakteru, które mają bardzo zbliżone zachowania i często jak rozmawiamy z Akopem, którego też bardzo pozdrawiam, to dochodzimy do tego wspólnego wniosku, że te osoby zawsze mają to coś, co powoduje, że one w tej branży czy tej dziedzinie sportu się odnajdują. A wiesz, ja sobie popatrzę na Ciebie i na to co Ty robisz i te elementy Twojego zachowania to ni chu-chu, nie będę tu się brzydko wyrażał, absolutnie mi nie pasujesz do wychodzenia na scenie bikini fitness i taka moja typowo detektywistyczna ciekawość, mój wewnętrzny Sherlock Holmes mówi – co Ty tam robiłaś?

E: Już Ci odpowiadam. Wiesz co, ja się z Tobą przede wszystkim w pełni zgadzam jeżeli chodzi o te zawodniczki bikini i zgadzam się też z tym, że ja ni chu-chu nie pasuję do tego żeby na tej scenie się znajdować. Pamiętam, że dzień kiedy ja podjęłam decyzję o tym, że wystartuję w zawodach bikini to był dzień kiedy pracowałam jeszcze dla jednej z firm, dosyć dużych marek, światowych jeżeli chodzi o running w Polsce. Wtedy siedziałam z mojąkoleżanką, która wystartowała w fitness bikini, miałyśmy jakiś tam pokaz, już nie pamiętam o co chodziło, jakiejś nowej kolekcji danej runningowej, i ja do niej mówię „słuchaj, a o co chodzi z tymi Twoimi zawodami?” „no o to i o to”, „ale Ty naprawdę fajnie wyglądasz, powiem Ci, naprawdę ten trening, ta dieta Ci służą, fajnie ta sylwetka wygląda”. A ona mówi „słuchaj, to ja Ci dam namiary na trenera i zobaczysz, zobaczysz jak to w ogóle wygląda”. U mnie nie było to z takiej pobudki, powiedzmy, o niej głośno. Czyli to nie było z pobudki, że ja nie akceptuję swojego ciała, że ja nie do końca się zgadzam z tym jak wyglądam, że psychosomatycznie jestem w jakimś stopniu niedostateczna, w związku z tym udowodnię sobie i światu, że ja mogę być proporcjonalnie idealna, no bo często to są te pobudki kobiet ze świata fitness bikini. Natomiast u mnie to była czysta ciekawość jak to zrobić, żeby ten mięsień był taki piękny i widoczny. Ja wtedy jeszcze miałam takie poczucie, że jak ja zrobię to raz, to ja do końca życia będę taka wyrzeźbiona. No i faktycznie zgłosiłam się do tego trenera, był to bardzo fajny, zasadny facet, nawet powiem Ci, że ta dieta na początku nie była i trening jakieś takie wymuszające, ja mu wtedy, pamiętam, że powiedziałam „ej słuchaj Sebastian, ja bym chciała wyglądać jak taka baletnica tylko trochę bardziej umięśniona” i on mówi „dobra, zrobimy taką baletnicę” i kompletnie nie dostałam od niego takiego sygnału na głowę na zasadzie „słuchaj, tutaj startujemy, Kielce, Katowice, ma być taka docina” i tak dalej, tylko zrobiliśmy to bez presji. Ja się po prostu dobrze bawiłam w warszawskim centrum atletycznym, chodząc na treningi, robiąc treningi, byłam wtedy też młodziutka, mega, mega taka sprawna, chętna do sportu i tak jak mówię, mój facet wtedy uprawiał dużo sportu, więc chodziliśmy razem na siłownię, więc ja miałam fun z tego, że ja robię. Koncówka faktycznie była wykańczająca, jeszcze wtedy tego nie odczułam, bo ja psychosomatycznie, dziękuję moim rodzicom, jestem osobą bardzo stabilną, przynajmniej tak mi się wydaje, chociaż miewałam swoje wzloty i upadki, w związku z tym dla mnie picie tych baniaków wody to był taki fun. Ja czułam osłabienie, ale to było na zasadzie – tatuś, zobacz, teraz piję 5 litrów wody, nie? Zobacz co ja odwalam. Więc ja to brałam tak bardzo nie na serio, czyli nie przez pobudki psychosomatyczne, w związku z tym ja też to przeszłam inaczej. Moja przyjaciółka, która tam robiła mi makijaż, foty i tak dalej, ona mówi – ej, zobacz jaka to jest przygoda życia. I najważniejsze w tym wszystkim jest to, że ja na tej jednej przygodzie życia, Marek, skończyłam. Czyli to nie było na takiej zasadzie, że ja się rano obudziłąm i powiedziałam „patrzcie jaki mam sixpack” i teraz dalej cisnę i dalej i dalej, tylko powiedziałam „ej dobra, fajne to było, ale nie chciałabym tak dalej żyć, jeszcze mam tyle rzeczy do zrobienia, lubię masę innych sportów”, więc na tych dwóch startach ja się zatrzymałam i tyle. Mój trener oczywiście potem proponował lepszą suplementację i takie tam, ale ja stwierdziłam, że mi to wystarczy. Czyli to była ta granica, do której ja doszłam, mówię „dobra, to było super, zrobiłam parę fotek” i zobaczyłam jak to wygląda. Fakt, że gdzieś tam uprawiałam sport całe życie i moja sylwetka zawsze wyglądała dobrze. No bo sorry, ja spojrzę na swoje zdjęcia w „najgorszym” etapie swojego życia i to ciało zawsze wyglądało dobrze. Z resztą Ty znasz niejedną wiadomość kiedy patrząc na cykl menstruacyjny kobiety potrafiłam napisać „Marek, zróbmy coś z tym, bo mi się wydaje, że coś jest nie tak, zobacz, coś mi nie za bardzo”. Teraz już jakby inaczej na to patrzę, bo wiem że jest to związane z hormonami, z dojrzałością, z mitem, który się tak naprawdę mega mocno zmienia. Na tamten czas dla mnie robienie mitu, kardio, wykonywanie treningu siłowego nawet 4-5 razy w tygodniu to była po prostu zabawa. I ja przez tą zabawę przeszłam swoje zawody bikini, więc dlatego Ty nie odnajdujesz mnie w tym świecie „bikiniar”, że tak powiem. W tym takim świecie osób, których podłożem startów była właśnie chęć tej poprawy przede wszystkim sylwetki.

M: Mnie też ciekawi czy te starty, w których brałaś udział, czy w ogóle ten okres w życiu spowodował u Ciebie fakt, że zaczęłaś dużo lepiej rozumieć swoje pacjentki? Bo umówmy się, bez względu na to z jakim problemem trafiają do nas kobiety, czy to są problemy zdrowotne, czy to jest gospodarka cukrowa, Hashimoto, to 99% z tych kobiet zawsze zaznacza, że też chciałoby poprawić swoją sylwetkę w tym kolokwialnym „tu i tam”. Czy ty uważasz, że ten proces czy ta opcja tych startów i pracy nad tą swoją sylwetką i kształtowania sylwetki też istotnie wpłynęła na to, jak obecnie funkcjonujesz jako dietetyk? Czy to też wpłynęło na to, że Ty rozumiesz po części tą fazę, ten element… faza może to jest złe słowo, ale taką potrzebę? To jest chyba dużo lepsze słowo – taką potrzebę posiadania ładnej, estetycznej sylwetki i generowania tego w social mediach, że to są sylwetki teraz modne, dobre i tak dalej. Ja ostatnio widziałem, że jedna z czeskich zawodniczek bikini fitness została playmate miesiąca w Playboy’u czeskim. Więc jeżeli jakaś sylwetka staje się elementem playmatePlayboy’a no to znaczy, że mamy jakieś zmiany w trendzie kulturowym, bo przecież możemy popatrzeć w historii, że gwiazdy, te które zostawały, te które dostawały się na okładkę Playboy’a, no to one niestety dyktowały trendy w urodzie kobiecej, więc możemy wnioskować, że w najbliższym czasie jeszcze bardziej te trendy ciała fitness bikini będą nam generowały klientów, klientki, które będą chciały wyglądać właśnie tak.

E: Wiesz co, myślę, że jest w tym dużo racji i chciałabym ten temat naprawdę dobrze ugryźć, żeby odbiorcy naszego dzisiejszego podcastu dobrze to zrozumieli. Moglibyśmy zakończyć tak naprawdę ten temat na zdaniu, że o gustach i smakach się nie dyskutuje, czyli tak na dobrą sprawę jest bardzo indywidualne co się komu podoba. Dwa, myślę, że kult ciała na ten moment jest tak duży, że my już tego nie zmienimy. Czyli zawsze sylwetka i kult ciała prawdopodobnie będą generowały to jak będziemy patrzeć na ludzi, czyli to, że będziemy przez pryzmat sylwetki ludzi oceniać, bo nie sądzę, że człowiek się cofnie do tych czasów gdzie tak na dobrą sprawę będzie chodził z gołym brzuchem, takim insulinoopornym, z za przeproszeniem, owłosionymi nogami i pachami, i że ludzie będą postrzegać to jako coś normalnego. No sorry, ale nie. Więc uważam, że estetyczna sylwetka, mówię też, wrócę się do tego zdania, że o gustach i smakach się nie dyskutuje, czyli to na ile ona będzie estetyczna no to już w jakieś inne dyskusje trzeba by było wchodzić. Natomiast uważam, że sylwetka będzie miała zawsze znaczenie, że tego się już nie zmieni. Ja pamiętam, że kiedy właśnie startowałam w zawodach bikini miałam taki żal, bo ja byłam zawsze drobniutka, nadal jestem i na scenie to w ogóle byłam drobnicą i wtedy trener mi powiedział „wiesz co Emi, nie przejmuj się, że weszłaś tylko do półfinału, że już swojego teamworka nie zrobiłaś, nad którym gdzieś tam pracowałaś, bo ty byłaś za drobna do tych innych zawodniczek, akurat na Twój start były potrzebne zawodniczki z mocniejszą nogą, większym sixpackiem na brzuchu, nie takie chudzinki z piękną talią”. Więc jakby on mi to wytłumaczył, ja to zrozumiałam i na tamten moment topem dla sędziów była ta kobieta, która miała właśnie tą nogę, ten sixpack. W innym sezonie były gdzieś tam bardziej pretendowane do zwycięstwa drobinki, więc myślę, że to jest też kwestia tego jakie mamy czasy, jakie mamy trendy, co dominuje, co się dzieje w polityce, co się dzieje na świecie, więc tutaj zawsze to będzie trzeba brać pod uwagę, natomiast myślę, że sylwetka zawsze będzie już z nami. Czyli ta dbałość o sylwetkę będzie już z nami.

Najważniejsze elementy dietoterapii

M: To co powiedziałaś prowadzi nas bezpośrednio do kolejnego elementu, o którym chciałbym z Tobą porozmawiać, bo my o tym bardzo dużo rozmawiamy prywatnie, z resztą ja myślę, jak byśmy zaczęli rozmawiać, nagrywać nasze prywatne rozmowy to byśmy nagrali miliard takich podcastów tylko boję się, że nie wystarczyłoby mi czasu na wycinanie wszystkich „k”, „ch” i innych dziwnych rzeczy, które pojawiają się w międzyczasie. Ale kiedy rozmawiamy o dietoterapii, jest naprawdę dużo podejść, jest naprawdę dużo różnych elementów, tak jak sama powiedziałaś w kontekście sylwetki, jedni lubią śledzie, inni jak im z mordy jedzie, ale jeżeli zwrócimy uwagę na dietoterapię i ogólnie całokształt tego naszego stylu życia – na jakich elementach, trzech, pięciu, powinniśmy się realnie skupić? Na czym powinniśmy się koncentrować? Bo ja wiesz, ja mam wrażenie, że my jako ludzie albo może inaczej, że nasi pacjenci, nasi klienci, ludzie którzy nas obserwują, oni obserwują tak wiele rzeczy i czerpią tak wiele informacji, że gubią ten taki środek drogi, czyli zgarniają wszystko dookoła, natomiast absolutnie nie robią nic żeby pójść do przodu. Więc jest jakby kręcenie się w kółko, bo oni tylko obserwują to co jest dookoła. I na jakich elementach dietoterapii czy w ogóle tych wszystkich elementów związanych z dietoterapią – stylu życia i tak dalej i tak dalej i tak dalej, w Twojej ocenie na pewno powinniśmy się skupić? Co będzie generowało to 80% sukcesu ludzi jeżeli chodzi o ich zdrowie czy ten kontekst najbardziej przyziemny czyli kontekst sylwetkowy?

E: Wiesz co, w mojej ankiecie dietetyka jako trzeci punkt jest takie piękne słowo na trzy litery i ono jest napisane dużymi literami, to słowo to jest: CEL. Kiedy ja sobie przeczytam jaki ludzie mają cel to ja już doskonale wiem z jakim typem człowieka będę pracować. Nie generalizuję, absolutnie, ale sprawdza mi się to praktycznie w 90%. Bardzo prosty przykład – kiedy przychodzi do mnie Pani X i jej cel jest sprecyzowany w trzech słowach: poprawa jelit, zdrowa ciąża, zdrowe życie, to ja już mam pewien obraz w głowie, do którego będziemy dążyły. Jak przychodzi do mnie Pani Y, której cel jest rozpisany na pół kartki A4 to ja wiem, że nim ona zacznie ze mną pracę to najpierw zgłosi się do innego specjalisty, określam sobie wtedy co to będzie za specjalista, czy to będzie psycholog, czy to będzie trener, czy to będzie fizjoterapeuta, czy to będzie psychiatra, czy to będzie jakaś inna osoba, nie wiem, coach, czy to może będą jeszcze jakieś inne potrzebne rzeczy do przepracowania, ale prawdopodobnie nie będzie to dietetyk. Dietetyk będzie prawdopodobnie tylko i wyłącznie w starcie, w jakimś 2 czy 3 etapie. W związku z tym w całym procesie dietoterapii jest potrzebny bardzo mądry specjalista, naprawdę bardzo mądry specjalista, który nie zaproponuje Ci dietki, to jest najważniejsza kwestia, to mówię wprost moim podopiecznym, określam im proste zasady działania na pierwszej konsultacji, jestem taka bezpardonowa w tym działaniu, dlatego że określenie tego celu będzie najważniejsze. My nie zrobimy procesu z sylwetką jeżeli my nie poskładamy organizmu od A do Z, od psychosomatyki po wyprostowanie problemów jelitowych, hormonalnych, a to się wszystko ze sobą zazębia. Bardzo często mówię osobom, że zdrowy organizm, który widzimy przed sobą jak staniemy, zdrowy organizm nie ma problemu z tym, żeby schudnąć albo żeby przytyć, w związku z tym nie zgłasza się do dietetyka osoba, która chce albo tylko schudnąć albo tylko przytyć, bo ona sobie z tym fizjologicznie sama poradzi. Doskonale wie co ma zrobić. Jak zapytasz swoich dziadków co oni robili jeżeli mieliby trochę schudnąć – trochę ziemniaki obciąłem, trochę mi babcia mniej na talerz wkładała. I to było wszystko. Natomiast w dzisiejszych czasach my pierwsze co składamy – dzisiaj dostałam wiadomość na Instagramie „Pani Emilio, wspierając układ odpornościowy to colostrumczy może soplówka jeżowata?” Ja mówię „no nie wiem, to zależy od przypadku.” „No, ale gdyby miała Pani powiedzieć jedno czy drugie? Bo kompletuję sobie suple, to może dwa zamówię?”, i mówię „a może nic pani nie zamówi? I też by było spoko”. Więc tak na dobrą sprawę my się gubimy w tej ilości informacji nie biorąc pod uwagę, że mówię – zdrowy organizm nie ma problemu z tym żeby schudnąć ani żeby przytyć. I teraz piękne pytanie dostałam na obronie swojej pracy magisterskiej na dietetyce – czym jest zdrowie? No i czym jest zdrowie? Zdrowie to jest stan człowieka, w którym on się znajduje, gdzie zarówno pod kątem psychosomatycznym jak i fizycznym wszystko z nim jest w porządku. W psychosomatycznym i fizycznym, czyli nie ma problemu właśnie z tym żeby schudnąć jak obetnie mu się daną pulę kilokalorii, która wygeneruje mu minus energetyczny, ale również psychosomatycznie jest stabilny, czyli on za wszelką cenę nie dąży do tego, żeby osiągnąć jakiegoś Złotego Graala czy żeby wystartować w fitness bikini, mieć tyle i tyle % tkanki tłuszczowej, bo raczej zdrowy psychosomatycznie człowiek nie porównuje się do cyferki czy nie porównuje się do obrazka w Playboy’u, w związku z tym zawsze ta psycha będzie dla mnie też mocno ważnym elementem i będzie do przepracowania. I żeby też tutaj nasi odbiorcy dobrze to zrozumieli, bo często mnie w social mediach ludzie odbierają jak taki trochę „ideał”, no a co Ty możesz o tym wiedzieć jak Ty nigdy w takim punkcie nie byłaś? No a guzik prawda, też byłam w tym momencie kiedy mówiłam – bo oczywiście mam za sobą dobrą psychoterapię z bardzo fajnym specjalistą, bardzo mnie z resztą wzmocniła i pokazała mi tak naprawdę czym są wartości w moim życiu, które pokazali mi moi rodzice. I pamiętam, że też miałam ten moment kiedy mówiłam „ale ja naprawdę liczę, ważę, mierzę i wszystko i nie mam efektów”. Wiesz, więc ja wiem doskonale o co chodzi i wiem doskonale co ci ludzie myślą, że oni już robią wszystko i mają wszystkie możliwe umiejętności, a dalej nie idzie. To jest znowu cytat z Ciebie, że jeżeli Ty robisz swój plan i proces i coś nie idzie to znaczy, że robisz go źle.

M: Bezwzględnie to są takie rzeczy, których mi się wydaje, że wiele osób tego absolutnie nie rozumie. Że trochę pewne elementy ich myślenia wymagają naprostowania, bo zdrowie i sylwetka to są rzeczy, które idą bezpośrednio w parze. One idą bezpośrednio w parze, i Ty to wiesz i ja to wiem i mamy jedną wspólną znajomą z Warszawy, którą prowadziłem długo ja, a której byłaś potrzebna Ty i trochę pomoc kogoś kto pomógł jej z głową. I oboje obserwujemy teraz to jak drastycznie się zmieniła jej sylwetka i zdrowie. Kiedy głowa znalazła się dokładnie w tym miejscu, w którym powinna się znaleźć. I wiesz, staram się to tłumaczyć ludziom, że są pewne elementy życia, które wymagają naprostowania zanim zaczniemy naprostowywać inne rzeczy związane z, no umówmy się, bo tak to jest, że sylwetki to jest kwestia bardzo, bardzo, bardzo przyjemna. To jest element przyziemny, bo zła sylwetka, czyli to co ludzie kolokwialnie nazywają byciem ulanym, my to nazywamy po prostu otyłością albo nieestetyczną sylwetką czy jakkolwiek, nie zawsze jest skorelowane z tym, że Twoje zdrowie jest w złym punkcie, bo być może Ty po prostu musisz pewne rzeczy doprowadzić do ładu a dopiero później ta Twoja sylwetka zacznie wyglądać tak jak Ty chcesz, a jeżeli ktoś się ora po 10 godzin dziennie w pracy a potem ora się następne 2 godziny na siłowni, i ora się tępymi dietami, to jak my możemy mówić o tym, że doprowadzimy kogoś do ładu jak on nie ma poukładanych priorytetów w swoim życiu?

E: Zgadza się, tak.

M: To jest coś co Ty mi wbijałaś do głowy, że „Marek, ale wiesz, jak Ty pracujesz po 15 godzin dziennie to Ty nie możesz trenować jak zawodnik, że 3 razy dziennie będziesz chciał sobie robić treningi, że rano pójdziesz na matę, później pobiegasz, a wieczorem zrobisz siłownię”. A ja siedziałem i mówię „Emilka, ale ja chcę, ja muszę, ja muszę robić 3 treningi dziennie”. I co się potem okazało, że realnie wszystko co robiliśmy no najlepiej działało na tym jak po prostu ja się zajmowałem życiem a nie pierdołami, które mi się tam pojawiały w głowie.

E: Oczywiście, że tak. Marek, spójrz na piękne przykłady osób, które mamy w swoim otoczeniu na co dzień. Ja też jestem takim przykładem. Orasz, orasz, orasz, zapierniczasz jak dziki osioł, jak ja wypisuję listę swoich zadań na dany dzień to ja realnie już rano wiem, że to jest niewykonalne, a ja mimo to staję na uszach żeby to zrobić, bo ja sobie takie cele zakładam. I to wszystko działa pięknie, „działa” do momentu kiedy nie przyjdzie jakiś bodziec w Twoim życiu i Cię nie trzaśnie. Dla jednych to będzie bodziec pod tytułem „zrąbałem sobie zdrowie” i nagle odbierasz swoje wyniki i mówisz „o kurde, nie jest dobrze, bo mnie położą do szpitala” albo na przykład nagle jest choroba zapalna jelit i wtedy czy Ty chcesz czy nie chcesz, krwawe biegunki, siedzenie w toalecie, nagle się kończy Twój sport. Albo przychodzi jakaś kontuzja i mamy dokładnie taką samą sytuację, ale żeby bardziej przyjemnie do tego wszystkiego podejść tak samo bywa w kontekście naszego życia, czyli takiego prywatnego życia kiedy na przykład się zakochamy. Ja jestem świetnym przykładem tego, gdzie tak na dobrą sprawę jako kobieta, gdzie ta psychosomatyka, oksytocyna, te hormony płciowe związane z poczuciem bezpieczeństwa potrafiły wywołać taki krach w moim życiu, że nagle przez 3-4 miesiące ja zapomniałam o tym co to jest trening, gdzie wcześniej trenowałam 10 lat codziennie, przynajmniej jedną jednostkę treningową wykonywałam. Ja nagle się czuję szczęśliwa, nagle mi się wydaje, że ja mam najpiękniejsze ciało, ja wyglądam najlepiej w spódniczce jak wyglądałam do tej pory gdzie ludzie na Instagramie piszą „Pani Emilio, co się z Panią stało, że Pani ma takie błyszczące włosy i skórę” i tak dalej, a ja siadam na krzesełku i mówię – no właśnie, co się stało? I nawet nie biorę do głowy tego, że stało się tyle, że się zakochało, więc to poczucie bezpieczeństwa naszej psychosomatyki będzie mocno wpływało na to jak pójdzie proces naszej dietoterapii, bo zupełnie inaczej mi się pracuje z osobą, która przez przepracowanie doprawiła się choroby zapalnej jelit albo zdiagnozowano jej po latach celiakię, zaraz w ogóle mega fajny przykład tutaj poruszę, a zupełnie inaczej mi się właśnie pracuje z osobą, która była na tryliardzie diet a chce być na tryliard pierwszej. To są zupełnie różne przypadki pracy. Więc jakby ta psychosomatyka ma przeogromne znaczenie. I teraz dlaczego ja to w ogóle zróżnicowałam między taką dietetyką kliniczną a, jak ja to mówię, dietetyką metaboliczną, czyli taką gdzie skupiamy się głównie na metabolizmie, odchudzaniu, sylwetce. Mam przykład chłopaka, którego znam od lat. Rozmawiałam przypadkiem z jego mamą jak się z nią spotkałam jakoś tam wyrywkowo i ona mówi „a no wiesz, on to zawsze był taki chorowity, i w Centrum Zdrowia Dziecka leżał, i to i tamto” i ten chłopaczek mnie zaczepił któregoś razu i mówi „Emi słuchaj, tak dużo ludzi o Tobie mówi, że Ty się tak zajmujesz tymi układami pokarmowymi, może Ty byś mogła zerknąć na mnie, byśmy coś popracowali”. Ja mówię „weź mi pokaż swoje wyniki, bo ja Cię mam już tak na oku jako taki mój przypadek kliniczny, lubię sobie tak czasem porozkminiać”. Patrzę, że 6-7 lat temu chłopaczek miał już podniesione przeciwciała przeciwko transglutaminazie, endomezjum czyli te właśnie związane z chorobą trzewną „mam Cię rybko! Ty jesteś celiakiem” a on „czym ja jestem?”, a ja mówię „Ty jesteś celiakiem, dlatego nie wchłaniasz”, mało tego chłopak został poddany leczeniu psychiatrycznemu, przyjmuje również SSRI, czyli leki wychwytu zwrotnego serotoniny, takie które gdzieś tam mają wspierać depresję, leczenie depresji i stany lękowe, na co przecież przeogromny wpływ ma chociażby spożywanie glutenu, który jest silnym opiatem dla takich osób. Ten facet będzie miał zmienione życie o 180 stopni za dwa miesiące tylko dlatego, że trafił po prostu w dobre ręce, tylko dlatego że ktoś po prostu do niego dobrze podszedł. I dla niego sylwetka nie ma znaczenia, on do tej pory jadł rano na śniadanie bułkę maślaną z nutellą a jest wychudzony jak po prostu szprotka. Ma nóżki chudziutkie jak patyczki i dla niego sylwetka nie ma kompletnie znaczenia, ale on się zastanawia połowę swojego życia jak to jest możliwe, że żyjąc w szczęśliwej rodzinie, mając przyjaciół i zajebiste życie on ma depresję? I to jest jeden punkt, punkt w którym ja pracuję, tej dietetyki klinicznej, tej gdzie chcesz pomóc realnie pacjentowi albo masz drugi obraz pacjenta, który jest szczupły, ładny, zdrowy i przychodzi do Ciebie i mówi – ja chcę być szczuplejszy, ładniejszy i zdrowszy. Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi.

M: To są takie przypadki, które po przepracowaniu takiego okresu czasu i przerobieniu tylu ludzi w gabinecie, których mieliśmy, których Ty miałaś i ja miałem no to oczywiście… ja przez całą, ja się śmiałem, znaczy wiesz, śmiałem się, siedziałem z uśmiechem na ryjku słuchając tej opowieści, bo to jest tak, że czasami ktoś do Ciebie wchodzi do gabinetu albo z kimś rozmawiasz albo ktoś Ci opisuje swoją historię i Ty już wiesz, że to jest to. Nie potrzebujesz przeprowadzać żadnej diagnostyki, nie potrzebujesz, znaczy – oczywiście na potwierdzenie potrzebujesz – ale Ty już wiesz, że to jest to, po prostu. Ja tak mam z diagnostyką hipoglikemii czy w ogóle insulinooporności. „Panie Marku, ja w drugiej części dnia w ogóle nie mam siły”. Mhm, no dobra, „a jak wygląda Pani jedzenie?” „No, to jem śniadanie o 8, jem coś tam o 11 a potem jem obiad o 18”. Mhm, no dobra, „czyli je Pani obiad o 18 i co?” „I o 20 mogę już iść spać, bo ja już nie mam mocy”. No to tak jak mówisz, to po prostu widać. Widać, słychać, później przeprowadzasz diagnostykę i nagle okazuje się, że masz 100% skuteczności w diagnostyce na oko. I to niestety to jest taki element, który ja uważam za trochę upośledzony w nas jako ludziach. Ogólnie u homo sapiens. My mamy taką tendencję, że lepsze jest lepsze. Trochę taka parafraza filozofii Kaizen, ale zupełnie nie o to mi chodzi, że to jest zły odbiór, tylko że jak jest dobrze, to my jeszcze chcemy żeby było jeszcze lepiej. Czyli zamiast się skupić na tym, że jest dobrze – skoro jest dobrze, to jest dobrze, po prostu, to teraz pracuj nad tym, żeby codziennie właściwie już teraz, bezpośrednio w myśl tej filozofii Kaizen, było o te 0,0001% lepiej, a nie żebyś Ty w tydzień zrobił 100% lepiej niż dobrze. To w sumie bezpośrednio wiąże się z następną rzeczą, o której chciałem z Tobą porozmawiać, czyli z taką bezwzględną modą na biochacking, która się teraz tak rozwija w naszym kraju i wśród naszych klientów, którzy pytają o proste triki albo suplementy, które pomogą im oszukać czas, nie? Pewnie spotykasz się z tym: „Pani Emilko, jak spać 8 godzin w 6 godzin?”. Spotykasz się z takimi pytaniami?

Biochacking

E: Oczywiście, że tak, albo „Pani Emilio dlaczego ja w tym tygodniu miałem 4 migreny, boli mnie głowa, w ogóle strasznie się czuję…”, a ja zadaję pytanie „a ile godzin pan spał?”, „no spałem codziennie po 6 godzin i brałem te suplementy, które Pani mi kazała brać”, ja mówię „to proszę odstawić suplementy i spać po 8 godzin”. „Ale jak to?”, ja mówię „no tak to”… i to jest dokładnie to o czym mówisz – jak spać 8 godzin w 6 godzin. No nijak, po prostu się nie da, pewne rzeczy są niewykonalne, pewnych rzeczy nie przeskoczymy, natomiast jeśli chodzi o biochacking to w ogóle najważniejsza kwestia jest taka, że ja biochacking mam wyssany z mlekiem matki. Mój ojciec jest biochackerem, moja matka jest biochackerką, tylko że oni kompletnie nie mają pojęcia co znaczy słowo „biochacking”. Oni po prostu tak żyją. I teraz niektórzy ludzie próbują swój lifestyle zmienić na siłę, czyli jeżeli Ciebie kompletnie nie cieszy to, żeby codziennie rano wystawić buzię do słońca to tej głowy do słońca nie wystawiaj, bo to jest dla Ciebie zalecenie a nie naturalna sprawa. Jeżeli Ty masz wystawić swoją buzię na anteny jakieś swoich sąsiadów, to tego po prostu nie rób. To wystaw tą buzię o 12 do słońca, jak będziesz na spacerze z psem. Więc my chcielibyśmy się wpisać w takie ramy, takie zadania do wykonania, rano naświetl buzię słońcem, potem wypilinguj swoje ciało czy tam wyszczotkuj ciało, żeby pobudzić limfę. Potem wypij kawę z soplówką, wiesz, znowu się pewnie śmiejesz, bo tak wyglądają zalecenia na kartce. Natomiast no ile można tak żyć? A jak Ci nagle wypadnie szczotkowanie, bo Ci się szczotka rozwali albo słońca nie będzie na zewnątrz to co Ty zrobisz? Będziesz googlował czy jak spojrzysz w niebo zachmurzone to wtedy ileś % UV-A i UV-B dotrze do Twojej soczewki? Do Twojego oka? No bezsens. Więc jeżeli tak na dobrą sprawę my w ogóle nie wiemy co to jest biochacking, jeżeli to się w ogóle nie wpisuje w nasz taki naturalny tryb życia to tego nie róbmy. Więc tutaj z natury powinniśmy sobie w biochacking wpisać 3 podstawowe rzeczy i to jest po prostu jak Tamagotchi – pić, jeść, spać. A to ile kroków dziennie my wychodzimy i ile z nich będzie z soczewką wystawioną na światło to już jest nasza indywidualna perspektywa. Uważam, że jako ludzie po prostu powinniśmy wiedzieć, że codziennie wyjść na zewnątrz i powąchać jak pachnie powietrze w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek, sobotę i niedzielę to jest wpisane w nasz po prostu naturalny tryb życia, taki naturalny proces każdego dnia, więc biochacking zamknęłabym w tych trzech słowach – pić, jeść, spaść, no dodałabym jeszcze kochać. Więc to co się dzieje aktualnie jeżeli chodzi o biochacking mnie osobiście przeraża, szczególnie jak widzę takie typowe biochackerskie grupy i zgromadzenia, gdzie naprawdę już ludzie tam wariują, kupują jakieś produkty, które mają w ogóle… no nawet nie potrafię tego do końca nazwać, bo aż tak bardzo nie chcę się w to zagłębiać, ale kompletnie odbiega to od natury. Biochacking z samego założenia miał przybliżać człowieka do natury, a teraz mam wrażenie, że biochacking skłania się ku temu by być w dużym mieście, daleko od natury, ale jednak w naturze. To jest znowu niewykonalne, czyli to jest znowu przykład spania 8 godzin w 6 godzin.

M: To bardzo mocno na to wpłynęła teraz moda na czerpanie z rutyny gigantów czy rutyn tych najlepszych na świecie. Ja mam wrażenie, że trochę – trochę może swoje ego podbudowuje w tej chwili – że też trochę na to wpłynąłem poprzez publikowanie pewnych elementów moich rutyn porannych – że wstaję i robię jogę albo i tak dalej, tylko to czego ludzie nie potrafią zrozumieć to są pewne elementy, na które – ja z Tobą – możemy sobie pozwolić, bo mamy taką a nie inną pracę, czyli mamy to, że są dni kiedy ja wiem, że ja jestem najważniejszy i to jest dzień kiedy skupiam się realnie na sobie, ostatnio jest ich mniej, mam nadzieję, że będzie ich więcej, ale wtedy mam rutyny. Ale dzisiaj już tak jak wspomniałem na początku, już praktycznie od 5 rano siedzę w pracy, no to moja rutyna wygląda realnie tak, że tam 4 z minutami zadzwonił budzik, wpadłem do kuchni, włączyłem ekspres do kawy, poranna toaleta, szybki shower, ubrałem się, wypiłem jedną kawę, drugą kawę, mówię, to jest moja poranna rutyna, więc wiesz. Ja zawsze staram się wbijać swoim klientom taką tezę, którą mam ustawioną jako tapetę swojego pulpitu na laptopie i ja sobie to wbijam zawsze do głowy, że perfekcja jest nieosiągalnym kierunkiem. Nie da się być perfekcyjnym i nie da się mieć perfekcyjnego poranka, nie da się mieć perfekcyjnego biochackingu, bo jeżeli chcielibyśmy to zrobić w taki sposób to nasze życie by się opierało tylko na tym, że będziemy robili tylko te elementy biochackingu – wstaję, naświetlam się lampą UV 15 minut, później robię powitanie słońca z jogi, później robię zimną kąpiel i oddychanie WimaHofa, później coś, później coś. A nagle się okazuje, że z takimi osobami się rozmawia i to co Ty powiedziałaś – no dobra,a ile jesz kalorii? 2000. „Ty, stary, ale Twoje zapotrzebowanie to 3500”. „Ale ja więcej nie potrzebuję.” Ja mówię „dlaczego Ty więcej nie potrzebujesz?”, „bo ja się biochackuję”.„Jak? Ale używasz wszystkich najlepszych metod biochackingowych, które są potwierdzone naukowo, czyli robisz zimne kąpiele, robisz oddychanie, saunowanie, morsowanie, a jesteś na półtora tysięcznym deficycie trenując 5 razy w tygodniu? To jak Ty chcesz funkcjonować na wysokich obrotach? Wytłumacz mi to, gdzie tu jest logika?”. I to mnie realnie przeraża, że to chyba trochę łączy się z tym co powiedzieliśmy sobie wcześniej – że ludzie chwytają wszystko co jest z boku, a absolutnie nie skupiają się na tym, co jest w centrum. W ogóle, nic a nic.

E: Wiesz co Marku, pozwolę sobie Tobie przerwać to i powiedzieć naszym słuchaczom jak to wyglądało w moim przypadku jeżeli chodzi o znalezienie idealnej diety dla moich podopiecznych. I to jest w ogóle bardzo ciekawy punkt w moim życiu skoro już tak bardzo odkrywamy karty takiego mojego podejścia do świata. Ja pamiętam, że miałam taki moment, i to było dobre 4-5 miesięcy, ja jestem w ogóle takim małym naukowcem, to jest moja ksywa wśród moich przyjaciół i znajomych, że ja po prostu ciągle szperam, ciągle bym coś naukowo wymyślała. Ja sobie usiadłam z miliardem kartek i zaczęłam wypisywać wszystko żeby znaleźć idealną dietę, idealną dietoterapię, suplementację, tak że to będzie ten złoty Graal, którego jeszcze nikt nie odkrył, ale ja go odkryję. Ja biorę po to po prostu wolne, nie ma tutaj ograniczeń, nie potrzebuję teraz pracować, ja mam teraz pół roku i przez te pół roku ja stworzę złotego Graala. Marek, ja rozpisywałam to na miliard sposobów, ja mam do tej pory te kartki i zeszyty, ja potrafiłam stworzyć dietoterapię z powietrza. I szczerze? Nie ma żadnego punktu stycznego w tych wszystkich punktach, które tworzyłam, żeby powstał jeden proces dla wszystkich. Nie ma takiej opcji. Kolejna w ogóle sprawa jest taka, że przecież sam doskonale wiesz, że jeżeli chodzi o mój prywatny biochacking i to jak ja byłam wkręcona w biochacking też miało związek z moim prywatnym życiem. Mimo tego iż miałam najlepszy biochacking na świecie, przecież jak się wejdzie do mojej sypialni, to sam wiesz jak ona wygląda – wiesz jak wyglądają rzeczy w moim mieszkaniu. Są podwójne światła, sauna na podczerwień ściągnięta ze Stanów Zjednoczonych, ja znam najlepszych biochackerów na świecie. Marson, ja ściągnęłam samego Jacka Cruise’a do Krutynia, żeby poznać jego tajniki biochackingu i tego jak wygląda słońce. Nie ma osoby w Polsce drugiej, która ściągnęła Jacka Cruise’a do swojego mieszkania. A u mnie Jack Cruise w ogródku z moim ojcem pił kawę. Więc tak na dobrą sprawę ja stanęłam na uszach żeby odkryć tajniki biochackingu i nic mi to nie dało. Nie dało mi to ani lepszego zdrowia, ani lepszego poczucia własnej wartości, ani lepszych zarobków. Kompletnie nic. Więc ja od razu mogę powiedzieć, że szukanie na siłę rozwiązań magicznych i tego złotego Graala po prostu nie ma sensu. Oczywiście wiem, że człowiek musi się nauczyć na swoich błędach, więc polecam, można szukać, można rozpisywać, natomiast ja ze swojej perspektywy mówię, no, można zapytać moich rodziców, moich przyjaciół, ja potrafiłam siedzieć godzinami, ja potrafię siedzieć z książkami, rozpisując cokolwiek godziny. Mnie to nie nudzi, mnie to jara na maksa. Ale od razu mogę Wam powiedzieć, że to robię po prostu hobbystycznie, po prostu pogłębiając swoją wiedzę, ale złotego Graala w tym punkcie się nie znajdzie. Perfekcja nie istnieje, perfekcja jedynie może prowadzić do ogromnych skrajności.

Najbardziej banalny nawyk

M: Dokładnie. Po to tworzymy te materiały, które udostępniamy, po to ja zapraszam takich ludzi jak Ty do tego podcastu, żeby nasi słuchacze nie byli jak ten stary kowboj z Oregonu, który musiał nasikać sam na płot pod napięciem żeby się czegoś nauczyć. Sikanie na płot pod napięciem powoduje bardzo bliskie spotkanie ze stwórcą. Więc to są takie rzeczy, o nich możemy i gadać i gadać i gadać, a jakby nie było, zawsze wracamy do tego punktu tych podstaw, o których Ty powiedziałaś – jeść, spać, kochać, pić. I tu mówimy o piciu wody, nie mówimy o piciu wódki czy tam tequili w moim wypadku, chociaż są takie momenty kiedy Marek Fischer pisze Emilii Cesarek „Emi, napij się wina”. Więc to też jest ważny element. Ale wracając do takich rzeczy dosyć już przyjemnych i nie bombardując ludzi tym, żeby się ogarnęli, to powiedz mi, czy w ciągu ostatnich 5 lat, bo jak sobie poobserwujemy, jak ja sobie poobserwuję Ciebie, to w Krutyniu byłem 4 lata temu chyba, 4, tak, bo Aura miała rok. No to może inaczej – czy w ciągu ostatnich 4 lat znalazłaś jakiś nawyk, może być nawet absurdalny, który bardzo mocno wpłynął na Twoje życie? Albo który uwielbiasz robić, a jest na przykład absurdalnym nawykiem?

E: Wiesz co, wydaje mi się, że mamy bardzo podobny absurdalny nawyk i on jest mega banalny, a mianowicie jest to kawa i picie kawy. Zastanawiałam się nad tym pytaniem jak je widziałam na kartce kiedy mi je wysłałeś, ale naprawdę kawa jest moim nawykiem, który mi bardzo dużo uzmysławia, nie tylko w kontekście samego wypicia kawy, czegoś przyjemnego, ale on mi otwiera bardzo dużo w mojej głowie pod kątem psychy. Tego kiedy ja ją sobie odstawiam i zabraniam jej sobie, jak reaguje mój mózg, co się dzieje w momencie kiedy ja sobie odpuszczam i mówię „dobra Emi, pij ją codziennie, możesz pić nawet bez mleka, możesz pić na czczo, po prostu czarną siekierę, takie mocne espresso” i jak reaguje wtedy mój mózg, który mówi „wiesz Emi, ale ja wcale nie mam na nią dzisiaj ochoty”. Jak ona mi smakuje jak ją piję w łóżku, jak ona mi smakuje kiedy ją muszę wypić, bo jestem na przykład zarąbana robotą, chociaż takich dni jest już coraz mniej w moim życiu. I jak ja się czuję kiedy na przykład zanocuję w mieszkaniu mojego chłopaka, a on nie ma ekspresu do kawy, nie ma kawy, a ja się budzę szczęśliwa, przytulam się do mojego ramionka i mówię „kurde, jestem mega szczęśliwa” i zapominam w ogóle, że cały dzień na przykład nie piłam kawy. To jest niby banalne, ale to jest taki nawyk i taka rzecz, która mi uzmysławia moment w moim życiu i w moim dniu kiedy ja jestem stabilna, taka wiesz, psycho.

M: Czyli jesteś nie reaktywna, tylko reagująca.

E: Tak.

Sposoby na oczyszczenie głowy

M: Ja próbowałem rozstawać się z kawą wielokrotnie i dla mnie ten element picia kawy ma w sobie coś, boskiego to może za dużo powiedziane, ale takiego dosyć mocno związanego z tym szeroko pojętym (?). Czyli to jest moment, w którym mimo tego, że ja na ogół piję espresso, ale ja piję bardzo delikatne espresso, to nie jest tam amerykańskie espresso, 500 mg kofeiny na 10 ml płynu, i to jest taki moment 5-10 minut od momentu zaparzenia sobie tej kawy do momentu wypicia, gdzie ja się skupiam na wszystkim dookoła, gdzie jestem tu i teraz, nie myślę o tym co mam do zrobienia, nie myślę o tym co jeszcze muszę ogarnąć w pracy, tylko po prostu piję kawę i jest fajnie. To jest bardzo fajny, absurdalny nawyk, mi się on bardzo podoba i będę go pielęgnował, mam nadzieję, że Ty też będziesz go pielęgnować, bo przynajmniej nie będę czuł się winny, że pielęgnuję nawyk picia kawy, bo jakby nie było, no jest to jakieś uzależnienie, bo przecież kofeina jest substancją psychoaktywną, ale to zdecydowanie, ja też uważam, że picie kawy jest absurdalnym nawykiem, w sumie to też prowadzi bezpośrednio do drugiego pytania, bo na pewno masz takie momenty w ciągu swojego dnia, kiedy realnie czujesz się przytłoczona ilością rzeczy, które robisz. Albo ilością obowiązków, które masz, bo trochę tych obowiązków mamy w swojej pracy i w swoim życiu i czy Ty masz jakąś metodę rozładowania tego napięcia? Na zasadzie – robisz coś co powoduje, że Twoja głowa się zupełnie oczyszcza i znajdujesz się w tym miejscu, w którym chciałabyś się znaleźć.

E: Mam, i tą metodą jest gotowanie. Ja jestem w ogóle kobietą stworzoną do tego, żeby być kurczakiem domowym, przed czym się broniłam bardzo długo, bo jak to słyszałam to mówiłam – co? Chyba sobie ze mnie żarty robicie, jestem kobietą sukcesu, kobietą nauki, więc próbowałam oszukać swoją naturę. Gotowanie to jest coś co mi pozwala tak się wyładować i tak odpocząć, że kiedy wiem, że mam trudny dzień to nawet rano po prostu robię sobie ciasto, które potrafię zrobić z 3 składników, jestem w ogóle szczęśliwa karmiąc, więc dla mnie takie „wyładowanie emocji” sprowadza się właśnie do gotowania, do dbania o dom, nie mówię tutaj o jakiejś takiej perfekcji jeżeli chodzi o sprzątanie, pranie i tak dalej, ale mówię serio Marek, im jestem starsza, im bardziej rozumiem swoje życie, swój świat, swoją fizjologię, potrzeby, tym bardziej cieszą mnie te proste, takie prozaiczne czynności, czyli właśnie ogarnąć sobie w domu, ugotować coś dobrego, to jest po prostu coś, opieka nad domem i gotowanie to są dwa takie czynniki, które są takie właśnie „włączyć-wyłączyć”, te czynniki, które pozwalają mi wyłączyć ten świat pracy, w którym ja siedzę naprawdę 80% mojego życia i przełączyć się na chwilę na życie. To jest w ogóle bardzo, bardzo ważne dla mnie, ja mam taki duży obraz u siebie w gabinecie, który narysowała moja przyjaciółka, jest ilustratorką, i ona mi narysowała 9 podstawowych emocji takich jak złość, radość, wstyd, znudzenie, strach, dumę, zdziwienie, rozczarowanie i pamiętam taki fajny podcast, którego słuchałam, gdzie psycholog zajmujący się pracą ze sportowcami, piłkarzami, powiedział, że włączanie i wyłączanie tych emocji jest podstawą naszego istnienia. Dla mnie włączanie i wyłączanie tego – zajmuję się domem, piorę, gotuję, jestem kobietką, jestem kurczaczkiem domowym – i włączenie tego Pani Cesarek, Pani dietetyk kliniczna, magister i tak dalej to są dwie podstawowe rzeczy, które pozwalają mi zachować balans – czyli włączyć, wyłączyć. Pozwolę sobie wrócić jeszcze do tych emocji, powiedzieć jak to działa, żeby podać tutaj fajny przykład. Załóżmy, że ja pracuję dzisiaj w szpitalu, pracuję przy dzieciach ze stanami zapalnymi jelit, siedzę sobie na oddziale, muszę być wtedy dosyć empatyczna, ale jednak stanowcza, muszę umieć wyjaśnić, tutaj mam trochę radości w sobie, trochę strachu. I wracam do domu, gdzie moje dziecko do mnie przychodzi i mówi „mamo, ja chcę się pobawić, ja chcę robić to i tamto”, ciągnie mnie tutaj za nogawkę, a ja jestem na przykład sfrustrowana tym, że przed chwilą przez 10 godzin widziałam chorujące dzieci, jestem zmęczona. To wielu rodziców reaguje w ten sposób, że – nie, zostaw mnie, nie chcę się bawić, nie mam teraz siły, nie widzisz, że wróciłem zmęczony z pracy? Przenosi emocje na dziecko. Natomiast perfekcją w posługiwaniu się tymi emocjami jest to, żeby wyłączyć tę emocję na zasadzie „praca-złość-frustracja” i nagle włączyć tę emocję „radość-zadowolenie” i powiedzieć swojemu dzieciakowi „tak, jasne, idziemy to zrobić”. I to samo w mojej pracy, w momencie kiedy ja potrzebuję się na chwilę wyłączyć, włączyć tę emocję „kobiecość-dom-rodzina” no to zachowuję balans. Czyli właśnie to jest ten moment w ciągu dnia kiedy ja sobie mówię – niech się dzieje co chce, najwyżej wyślę dietę dwa dni później, ja muszę sobie teraz pogotować, odpocząć, żeby być dobrym specjalistą, żeby dobrze podejść do mojego pacjenta, ja muszę teraz troszeczkę zmienić proporcje moich emocji. Czyli muszę trochę wyładować swoją kobiecość, swoje życie, swoje pragnienia takie związane z życiem i domem, żeby móc efektywnie zajmować się moimi podopiecznymi jako zwarty i gotowy specjalista. Chyba to trochę pokręciłam.

M: Nie, jak najbardziej, to dla mnie jest wszystko bardzo dobrze, ja to bardzo dobrze rozumiem i jakkolwiek absurdalnie pewne rzeczy brzmią, to – ja to kiedyś tłumaczyłem Kindze – czasami ilość pracy powoduje, że ja czasami niekoniecznie jestem w stanie pomagać w obowiązkach domowych i kiedyś mówię do Kingi „posprzątałem w domu, ale jestem zadowolony” „ale z czego Ty jesteś zadowolony?”„no z tego, że posprzątałem w domu” „ale Ty przecież nienawidzisz sprzątać w domu? „nie, ja uwielbiam sprzątać w domu”. Ja to uwielbiam, bo jak to zrobię to generalnie czuję się zadowolony, bo widzę, że coś jest zrobione, i że jest fajnie, i mnie to cieszy. Natomiast wiesz, jest olbrzymia różnica pomiędzy sprzątaniem, bo się to lubi i to powoduje u mnie moment, w którym ja odpalam muzykę w domu na maksa i leci AC/DC, rock z lat 80’, Led Zeppelin, sąsiedzi mnie nienawidzą jak sprzątam, to na pewno. I to jest ten taki switch, to jest ten taki moment takiego swticha, gdzie Twoja głowa jest w tym takim „nothingboxie”. To jest moment, w którym Ty się skupiasz na tej czynności, której my w naszej pracy wykonujemy mało, bo my pracujemy naszą głową, a nasza głowa nie ma czasu właśnie wykonać tego kolokwialnego switcha i wejść na ten „nothingbox” gdzie Ty robisz, ale nie myślisz, czyli jesteś w tej tak zwanej funkcji medytacyjnej, bo to na tym przecież polega absurdalnie medytacja, że jesteś, ale Cię nie ma, czyli jesteś, jesteś fizyczny, czujesz bodźce, ale Twój mózg jest w takim miejscu, że te bodźce są Ci obojętne i dodatkowym elementem działającym na mnie, to są w sumie dwa – to jest jazda samochodem, ja uwielbiam jeździć samochodem, jakbym nie uwielbiał to też bym niestety nie podróżował na te wszystkie szkolenia, które prowadziłem przed tą obecną sytuacją epidemiologiczną, i spacery z psem. I ja też wiem, że u Ciebie spacery odgrywają olbrzymią rolę, bo bardzo często jest tak, że: „Emi, masz chwilę żeby pogadać? „Spoko Maro, dawaj, bo akurat robię okrążenie wokół jeziora”. I paradoksalnie ja uwielbiając Tima Ferrisaczytałem jego rozdział o Davidzie Lettermanie, nie wiem czy kojarzysz Davida Lettermana?

E: Tak.

Największe mity dietetyczne

M: On teraz prowadzi genialny show na Netflixie, gdzie rozmawia z dosyć popularnymi postaciami, od Obamy po Kim Kardashian, więc jakby ma tam duży zasięg i Letterman powiedział taką piękną rzecz, że wszyscy znajomi czy wszyscy ludzie sukcesu, których on zna, robią dwie rzeczy: albo spacerują albo medytują. I ja jak tak popatrzę na ludzi, których ja obserwuję, albo z którymi rozmawiam, albo którymi się inspiruję to dokładnie tak jest. Albo spacerują, i to bardzo często dużo spacerują, albo medytują. To są dwa proste elementy życia, których implementacja jest natychmiastowa, bo przecież do spaceru potrzebujesz dwie rzeczy – kurtkę i buty, ewentualnie trzecią – czapkę w obecnej pogodzie. Nie zatrzymując się przy tym, idąc dalej i trochę wracając do tematu naszej branży i mitów, jak jest w Twojej ocenie, trzy największe mity dietetyczne, które zdecydowanie wyrządzają najwięcej krzywdy nam, czyli nam pracującym z klientami i rzeczy, które musimy realnie tłumaczyć, i które musimy realnie zmieniać wśród naszych klientów?

E: Wiesz co, pierwszychyba taki największy to jest chyba ten błąd rozumienia liczenia kilokalorii, myślę że tutaj się ze mną mocno z tym zgodzisz, bo oszacowywanie kilokalorii w dietetyce jest naprawdę bardzo trudne i nie skłamię, jak nie powiem, że dla mnie pierwszy miesiąc współpracy z podopiecznym to jest wyczucie jego kilokalorii, ilości jego kilokalorii, które powinien przyjmować żeby ewentualnie zrobić jakiś tam proces sylwetkowy, więc osobiście uważam, że nie ma kalkulatora, w którym da się wyliczyć, realnie, naprawdę takie w 100% zapotrzebowanie kilokaloryczne do zrobienia danego procesu, to jest zawsze metoda prób i błędów. Z resztą sam proces, na przykład takiej dobrej redukcji to jest przechodzenie od błędu do błędu, czyli patrzenie, obserwowanie, czasami właśnie takie potknięcie się żeby to zdefiniować. Więc jeżeli ktoś mi w prosty sposób mówi, że jeżeli chcesz zrobić redukcję to oblicz swoje zapotrzebowanie energetyczne i podziel je na BTW no to to jest dla mnie jeden z największych mitów dietetycznych, że to tak prosto działa. To jest dla mnie jakby taka jedna z ważniejszych kwestii. Druga to jest sygnowanie się na coś, że w dietetyce coś jest czarne albo białe, czyli na lowcarbie będę tak i tak funkcjonował, na high carbie tak i tak, że dieta o niskim indeksie ładunku glikemicznego zawsze spowoduje, że będzie tak i tak, że moja dieta jest „najmojsza”, czyli właśnie szukanie tego takiego złotego Graala, ten mit związany właśnie z sygnowaniem się na daną dietę, że dieta wegańska ma tylko takie udowodnione właściwości, dieta keto takie i takie, brakuje tej indywidualizacji, to jest chyba taki drugi czynnik, który wzięłabym pod uwagę. No i trzeci, w ogóle chyba taki największy mit dietetyczny to jest to, że bez diety nie da się poprowadzić takiego fajnego, dobrego stylu życia, że teraz tak naprawdę jeżeli Ty nie będziesz na jakiejś diecie, nie będziesz na jakimś procesie, na jakimś programie, na jakimś schemacie to Ty nie będziesz zdrowym i szczęśliwym człowiekiem. Moim zdaniem to jest naprawdę ogromny mit, włączam w to takie podstawowe rzeczy typu 5 posiłków dziennie, no bo to też jest jakiś schemat, który nam proponuje chociażby Instytut Żywności i Żywienia, natomiast to się kompletnie nie sprawdza. Ja szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy w swoim życiu jadłam 5 posiłków. No to może były zawody bikini, bo ktoś mi kazał, ale generalnie no nie ma czegoś takiego, że my musimy jeść 5 posiłków dziennie. A jak zapytasz Kowalskiego na ulicy jaki będzie najważniejszy czynnik to on Ci powie – no właśnie jedzenie 5 posiłków. Więc to są takie 3 mity, które uważam, że cały czas gdzieś tam funkcjonują i moim zdaniem cały czas nabierają rozpędu.

M: To jest bezwzględnie to pod czym ja się podpisuję i o co miałem się zapytać i co wyprzedziłaś to fakt „węgle kontra tłuszcze”. To rozwinęłaś o ten kontekst wege kontra mięso czy tam karni kontra wege, post konta nie-post, i są takie momenty, ja bardzo lubię obserwować dietetykę z boku, uwielbiam, bo czasami – ja ogólnie uważam siebie za faceta o wielkim ego i mówiłem to w podcaście gdzie ja byłem gościem u Darii Łukowskiej, i mówiłem, że ja mam tak wielkie ego, że generalnie jak wchodzę do lokalu i ktoś ma ego, to mojego ego wywala jego ego i jeszcze wywala jego z lokalu. Natomiast czasami jak obserwuję ludzi z boku to mam wrażenie, że moje ego to jest pikuś, bo broń Boże nie możesz powiedzieć, że ktoś nie ma racji, albo może inaczej – że nie ma racji to jest złe zdanie, bo my nie możemy powiedzieć, że ktoś nie ma racji, bo prawdopodobnie ją ma, bo jeżeli coś się sprawdziło u jego klienta to znaczy, że to działa, nieważne czy coś jest głupie, jeżeli działa to znaczy, że nie jest takie głupie. Ale brakuje mi bardzo często tego kontekstu ogólnego szacunku, że okej, dobra, jesteś karni, super, bądź sobie karni, absolutnie nie mam do tego żadnych zastrzeżeń tak długo jak nie przychodzisz i nie mówisz, że wszyscy, którzy nie są na karni są debilami, bo to jest jedyna słuszna droga. To trochę mi przypomina obecną sytuację polityczną w naszym kraju i opcje narzucania pewnych schematów i później migracje tych ludzi z różnych schematów, ci co byli keto nagle uwielbiają węgle, ci co uwielbiali węgle nagle stają się keto i brakuje mi takiego wypośrodkowania i tego co reprezentujesz Ty czy tego co reprezentuję ja, czyli podejścia do tego, że to jest tylko i wyłącznie narzędzie.

E: Marku, gdybym zadała pytanie moim obserwatorom na Instagramie, których jest ponad 30 tysięcy, na jakiej diecie jest Emilia Cesarek, to jedyną prawidłową odpowiedzią mogłoby być – bezglutenowa. That’sall. Dlatego, że ja nigdy nie podpisałam się pod jednym schematem żywieniowym, ja czasami jestem wege, czasami jestem wegan, czasami jestem keto, potrafię być karnivor, high carb, wszystko zależy od tego w jakim momencie swojego życia jestem, jaki mam cel, i tak na dobrą sprawę czego chcę sobie wypróbować, zaznaczając przy tym ogromną gwiazdką, że jestem nieziemsko świadomą osobą w kontekście układania swojego planu żywieniowego. Ja wiem doskonale czego mój organizm potrzebuje, czego brakuje, co wyciągnę z jakich składników odżywczych, jak długo mogę dany proces ciągnąć, więc lata mojej edukacji mi na to pozwalają i nikt mnie nie przysygnuje do żadnej diety. I zobacz, że im więcej wiem i jestem bardzo świadoma, tym mniej się metkuję, że jestem takim albo takim stylem odżywiania. To jest w ogóle to piękne pytanie na czym polega paradoks prawdziwej pewności siebie, czy to w dietetyce, czy to w życiu prywatnym. Odpowiedź jest bardzo prosta, że nie potrzebujemy pewności.

Czynniki życia codziennego a jelita

M: Absolutnie, bo ja w ogóle uważam naszą dziedzinę nauki za genialną, a uważam ją za genialną, bo ona jest genialna w swojej prostocie, bo nasza nauka, ona jest banalna, bo mamy jedną podstawową zasadę, która, czy chcemy czy nie chcemy, w 90% przypadków działa, czyli 9 na 10 osób stosując prostą zasadę, która polega na tym – licz wszystko co jesz i chyba to będzie jedyny punkt, w którym użyję bluzgu, wszystko, kurwa, co jesz, bo to ciastko, które zjadłeś do kawy też się liczy, ta krówka, którą zjadłeś gdzieś tam – też się liczy. A ludzie mają tendencje do tego, że „dobra, to nie, bo nie, bo w sumie to jeden kawałek, to ile to mogło mieć kalorii?”. I samo liczenie kalorii jest elementem wystarczającym do tego, żeby pewne cele osiągnąć, które sobie zakładamy – pewne, bo oczywiście my wiemy, i to zawsze zaznaczamy, że per se kalorie kalorii nierówne, jeżeli chodzi o jakość tego co robimy i jeżeli chodzi o jakieś cele szeroko pojęte zdrowotne, ale nasza nauka jest też cholernie trudna w tej swojej prostocie, bo obserwując rozwój tego jak wiele elementów naszego ciała wpływa na to co się dzieje z tym co powinniśmy jeść i jak powinniśmy jeść oraz w drugą stronę, to co jemy i jak jemy i jak funkcjonujemy jak wpływa na funkcjonowanie naszego organizmu i tu bezpośrednie pytanie do Ciebie, bo tego Twojego konika dietetycznego, czyli jak elementy naszego stylu życia, i tu pod to podepnijmy wszystko, czyli od diety po stres, po treningi, wpływają na mikrobiom jelitowy? I to co się w naszych jelitach realnie dzieje.

E: Wpływają bardzo mocno i generalnie ja mogłabym powiedzieć, że jelita to jest nasz drugi mózg, ten slogan, który od lat ostatnich słyszymy bardzo często, a jelita to jest również nasze serce, bo tak na dobrą sprawę każda emocja odbierana i przez nasze serducho i przez nasz mózg będzie wpływała na nasz mikrobiom, jakkolwiek to nie brzmi, to to tak po prostu jest. Z jednej strony jelita sterują naszą psychosomatyką, bo jak tylko coś chorobowego zadzieje się w kontekście naszego układu pokarmowego no to od razu odczuwa to głowa. Jest choroba zapalna jelit, są krwawienia, są biegunki, są jakieś patologiczne stany na jelicie, od razu odczuwa to głowa, bo nie jesteśmy w stanie się od tego odciąć, i druga kwestia – jak tylko odczuwamy cokolwiek głową, czyli się stresujemy, mamy nawał obowiązków, jesteśmy przestymulowani, przebodźcowani, odczuje to nasz układ pokarmowy, bo osłabione będzie trawienie, bo osłabione będzie przyjmowanie pokarmu, będą występowały jakieś bóle, tutaj będzie to miało ze sobą ogromne powiązanie. Z drugiej strony patrząc na to pod kątem takiej fizjologii i stricte nauki, to tak na dobrą sprawę mózg steruje jelitami pod kątem uruchamiania wszelkich enzymów, hormonów, które znajdują się w naszym układzie trawiennym, my musimy wziąć pod uwagę, że to co się dzieje w mikrobiomie jelitowym, w mikrobiocie jelitowej, ma na to wpływ również to co się dzieje w naszej mikrobiocie jamy ustnej, pochwy, oka, naskórka, więc tak na dobrą sprawę mikrobiota to jest coś co jest na człowieku i w człowieku w całości, to nie jest tylko ta sekcja jelita grubego gdzie się znajduje największa ilość mikrobów, więc tu musi być jedna, wielka, pełna spójność, że na te jelita ma wpływ naprawdę bardzo wiele kwestii – to że my nie umyjemy owoców, a mamy słaby sok żołądkowy będzie miało przełożenie na to, że może rozwinąć nam się Helicobacterpylori, który uaktywni sibo, a sibo po leczeniu i złej opiece uaktywni nam problem z przetykaną mikrobiota jelita grubego, zobacz – to był tylko nieumyty owoc. Natomiast kwestia jest tego jaką my się otoczyliśmy mikrobiota korową kiedy wyszliśmy z dróg rodnych matki, żebyśmy mieli realny wpływ na to czy ten nieumyty owoc na nas wpłynie jakoś czy nie wpłynie, to czy nasza ilość stresu i głowa, która podwzgórze, przysadka, które odpowiadają za poruszenie wydzielania kwasu solnego są na tyle stabilne i niezestresowane żeby poruszać wydzielanie tego kwasu solnego czy nie, zobacz ile tu jest czynników, które trzeba by było rozkładać na czynniki pierwsze. A ludzie myślą tylko w kontekście – jaki probiotykprzyjąć żeby wesprzeć swoją mikrobiota? Kropka.

Trudności procesu dietoterapii

M: Prostota jest. Tutaj bardzo mocno nam na przeszkodzie stoi coś czego sami bardzo często używamy, czyli prostota jest szczytem wyrafinowania, bo wydaje się, że jest jeden szczep, jedna bakteria czy jeden rodzaj bakterii, który realnie będzie naprawiał nasze flaki. I ja się łapię na tym na swoich wtorkowych Q&A, że pytania się ciągle powtarzają, one są praktycznie co tydzień w 90% takie same, ale oczekiwanie, że odpowiedź zawsze będzie taka sama to jest już zupełnie co innego, bo przecież tych elementów wpływających na to co powinniśmy zrobić, jak to powinniśmy zrobić i co się stanie, to są te wszystkie rzeczy, o których Ty powiedziałaś – że to są kwestie tak indywidualne, że wydanie jednego zalecenia na podstawie jednego pytania to jest jak strzał kulą w płot, dla zasady. Ale bez żadnych absolutnie oczekiwanych rezultatów czy osiągnięcia czegokolwiek w tym kontekście. I ja mam wrażenie, że ci ludzie, którzy zadają takie pytania i oczywiście nie obrażając żadnego naszego obserwatora, klienta, pacjenta, to są ludzie, którzy w mojej ocenie zaliczają się do tej grupy przypadków trudnych, czyli – mam bardzo skomplikowany problem, ale oczekuję albo natychmiastowego rozwiązania na tacy albo bardzo prostego rozwiązania bardzo trudnego problemu. Ja to sobie zawsze wyobrażam, ze mam studenta i wykładam mu jakąś bardzo trudną i bardzo dużą całkę i on podchodzi do całki i pisze „2”, że wynik tej całki to „2”. I tak bardzo często mam wrażenie, że trudno jest mi to wytłumaczyć, że niestety ten proces, ten całokształt no to jest… odpowiedź z resztą tkwi w słowie proces. I jak Ty ten proces realnie swoim klientom przedstawiasz? Jak go tłumaczysz albo jak do tego podchodzisz, do kontekstu procesu?

E: Wiesz co, to zdanie nam się już dzisiaj tak naprawdę pojawiło, czyli uważam, że właśnie proces to jest przechodzenie od błędu do błędu, czyli ja nigdy nie mam 100% pewności, że to co zakładam to jest 100%, że tak zadziała. Ale uważam również, że podejście do moich pacjentów jest moim indywidualnym procesem, czyli to, że im więcej wiem, im bardziej jestem świadoma, im bardziej jestem mądra w temacie, tym bardziej chcę się rozwijać i być taka spójna w swoich działaniach, żeby dobrze to ogarniać. Czyli mówię, ten proces to jest zaznaczenie człowiekowi, że będziemy się od tego błędu do błędu obijać, że to nie będzie takie łatwe, że ja dam Pani 4 tabletki i tutaj w grę wchodzi również słowo „kontakt”. Ja nie poprowadzę człowieka bez kontaktu, czyli jeżeli miałabym być dietetykiem, który da dietkę i suplementację i powie, że widzimy się za miesiąc – to ja nie chcę być dietetykiem. Dlatego dla mnie kontakt stanowi tutaj priorytet, żeby móc się właśnie od tego błędu do błędu przemieszczać, i jeżeli ja zweryfikuję po tygodniu diety, że to nie służy, to ja nie widzę problemu w tym, żeby to zmienić. Natomiast nie wyobrażam sobie, żeby człowieka w procesie prowadzić na jednym jakimś schemacie żywieniowym, bo tak mnie nauczono i tak w książce napisano i on na tym cierpi, ale tak w książce napisano. W związku z tym uważam, że mój proces pracy z człowiekiem to jest przede wszystkim kontakt – to jest najważniejsza kwestia – i to, że zakładamy sobie obydwoje, że sobie ufamy, ja i mój klient, i idziemy krok po kroku, proces od błędu do błędu, starając się oczywiście jak najmniej tych błędów popełnić.

Najpopularniejsze problemy we krwi Polaków

M: Powiedz mi jeszcze, jeżeli chodzi o diagnostykę, którą Ty zlecasz, i którą weryfikujesz, to jakie najczęściej problemy we krwi Polaków, Polek, widzisz? Jakie elementy się powtarzają, co Ci się najbardziej rzuca w oczy jeżeli chodzi o ten kontekst tych problemów, które, można powiedzieć, na podstawie przypadków, które przyjęliśmy, po części tworzą się problemami typowo narodowymi, powtarzalnymi. Co najczęściej spotykasz?

E: Wiesz co, myślę, że na pierwszym miejscu będzie na pewno gospodarka cukrowa, czyli problem z tutaj dysregulacją insuliny i glukozy, to jest chyba problem właśnie sięgający już problemu narodowego, więc to jest pierwsza i podstawowa kwestia. Druga sprawa to są hormony, szczególnie hormony płciowe, niedobór progesteronu, wysokie poziomy androgenów u kobiet, to jest druga sprawa, którą zauważam notorycznie. No i trzecia to są oczywiście niedobory, niedobory wynikające chociażby ze słabego wchłaniania, czyli tutaj niedokrwistość różnego rodzaju, więc myślę, że te trzy stany uznałabym za takie podstawowe i przewijające się w zasadzie codziennie w mojej praktyce. Dodałabym tutaj jeszcze oczywiście problem z tarczycą, bo to też jest taki problem narodowy, czyli problem z i hormonami tarczycy no i tym naszym przysadkowym TSH.

M: Tutaj pokrywa się dokładnie to samo co mówiłem ja, co mówiła Gosia Ostrowska, czyli mamy te same problemy jeżeli chodzi o pacjentów i to automatycznie prowadzi do odpowiedzi jakie top 3 suplementów bezwzględnie byś dała tym swoim, albo jakie suplementy byś powiedziała, że powinniśmy łykać bezwzględnie, więc myślę, że niewiele się pomylę jeżeli powiem, że to jest witamina D3 i jeżeli powiem, że to są kwasy tłuszczowe omega-3 i ewentualnie dobrze wycelowany B kompleks albo witamina B12 z kwasem foliowym osobno.

E: Ja tutaj dodałabym magnez, czyli to jest też jeden z suplementów, które gdzieś tam bym wrzuciła.

M: Jak najbardziej, i jeżeli nasi słuchacze, nasi telewidzowie zastanawiają się co bezwzględnie powinno pojawić się na takich półkach, no to ja zawsze mówię, że wiele rzeczy jesteśmy w stanie zrobić bez suplementacji, ale w uzupełnienie witaminy D3 bez suplementacji absolutnie nie wierzę i nikt mnie nie przekona do tego, że jest to możliwe. Tak samo z kwasami tłuszczowymi omega-3, tym bardziej, że my jako naród praktycznie ryb nie spożywamy i raczej są dosyć słabej jakości te ryby, które się trafiają u nas. I magnez – ja myślę, że tu chyba trochę nasz styl życia wpływa na to, że tego magnezu potrzebujemy tak dużo, i to jak my funkcjonujemy. Emi, ostatnie pytanie jakie do Ciebie mam to jest takie pytanie mocno filozoficzne, mocno zagłębiające się w Ciebie, ale jeżeli mogłabyś umieścić jedno zdanie, jedno słowo lub jeden cytat na bilbordzie, który zobaczyliby wszyscy, cały świat, to co byś na takim bilbordzie umieściła?

E: Mam taki cytat i chętnie się nim podzielę, bo uważam, że jest naprawdę sensowny i to są słowa pod tytułem „chcąc przejść przez świat musisz się czasem ugiąć”.

M: Genialne.

E: Mówi to moje drugie ego.

M: Genialne do przemyślenia bardzo, bardzo dużego. Chociaż ja Ci osobiście życzę, żebyś Ty była nieugięta i nie musiała się uginać, nigdy.

E: Wiesz co, ja sobie życzę żebym umiała zaakceptować to, żeby się czasem ugiąć, bo to jest nieziemsko trudne, szczególnie w przypadku właśnie takich mózgów jak ja czy ty, to jest naprawdę mega trudne, dlatego nam po prostu życzę żebyśmy umieli z pokorą i z takim dużym uśmiechem się w życiu ugiąć wtedy kiedy to jest potrzebne.

M: I z takim przesłaniem dla Was wszystkich, bardzo Wam dziękujęmy, że odsłuchaliście te prawie półtorej godziny rozmowy. Emi, ja Tobie jak zawsze dziękuję za Twój czas i za to, że miałaś ochotę nagrać ten podcast.

E: Ja również bardzo dziękuję, dla mnie to jest zawsze przyjemność i mam nadzieję, że takie materiały z naszym udziałem dopiero zaczną się pojawiać.

M: Bardzo Ci dziękuję i do usłyszenia.

E: Do usłyszenia.

Shopping Cart

ZAPISZ SIĘ DO 5 SHOTÓW

Zapisując się do "5Shotów", jednoznacznie zgadzasz się z naszą Polityką prywatności.

REGULAMIN KONSULTACJI

1. Przed rozmową należy przesłać wszystkie dokumenty, które zostały wysłane po opłaceniu konsultacji i wybraniu terminu spotkaniaKonsultacje odbywają się poprzez Zoom – link do spotkania przyjdzie 15 minut przed rozpoczęciem

2. Konsultacje odbywają się poprzez Zoom – link do spotkania przyjdzie 15 minut przed rozpoczęciem

3. Po konsultacji otrzymujesz tylko nagranie z rozmowy

4. Konsultacja trwa 60 minut

5. W trakcie konsultacji odpowiadam na wcześniej przygotowane przez Ciebie pytania.

SUBSKRYPCJA

ZAPISZ SIĘ DO
5SHOTÓW